Relacja z koncertu

Relacja
Może będę niewiarygodny, ale chcąc podsumować sobotni wieczór, a w końcu byłem jego głównym organizatorem, muszę powiedzieć, że jestem szczęśliwcem. Niewielu ludzi, a może nikt, nie słyszał BATHORY na żywo (doniesienia wątpliwe mówią o jednym jedynym koncercie na 30 osób), natomiast My, którzy przyszliśmy złożyć hołd QUORTHONOWI, byli naprawdę bliscy … To nie był koncert, to było misterium. Misterium o wielu twarzach, raz smaganych wiatrem morskiej bryzy, raz zgiełkiem bitewnego szału, raz snutą opowieścią przy wieczornym ognisku, raz dzikim świętowaniem pijackiego amoku radości, a wiele razy wspomnieniem o … MISTRZ, GENIUSZU, NIESMIERTELNEJ LEGENDZIE i ŚMIERTELNYM CZŁOWIEKU. W sumie jednym z Nas, tylko obdarzonym wielkim talentem i odwagą do łamania zasad …
Stałem w tłumie i czułem, że wokół otula Nas, niczym anioł skrzydłami, na wpół mistyczny klimat jaki zawsze tworzył BATHORY. Pomieszanie szepczącej legendy o wojownikach, bogach i bitwach z diabelską i przerażającą mroczną otchłanią czeluści piekielnych. Te dwa światy, dwa klimaty. Każdy kto naprawdę słucha BATHORY czuje je obydwa i nie przejmuje się tą subtelną, aczkolwiek dość szaloną, mieszanką rzeczy niemieszalnych. Pierwsi zaczęli ANTIFLEASH i od razu poszły mroczne dźwięki znane nam z trzech pierwszych płyt i w kolejności (choć nie jestem pewien): Intro, Hades, Reaper, Inconspiracy with Satan czy Satan my Master. Powiało diabelskością i prostymi, ciężkimi dźwiękami, które wprowadziły salę w odpowiedni klimat. Na początku większość osób słuchało, obserwowało z pewną nieśmiałością, a nawet rezerwą, będąc niepewnym co dalej usłyszą. Jednak muza powoli przekonywała i zaczęła się snuć piekielna opowieść z finałem na Inconspiracy with Satan czy Satan my Master. Wtedy już było w pełni jak na koncercie BATHORY (nikt nie zaprzeczy, bo nikt nie był na koncercie BATHORY). Przy tych riffach publika zaczęła się gromadzić pod sceną i wpadać w odpowiedni trans. Powoli rozwijał się tez młyn pod sceną. Nagle dźwięki ucichły … krótka przerwa techniczna i już na scenie zaczął DEAD MIND, którzy pierw zagrali A Fine Day To Die z „IV” i Sacrifice z „I”. To już spowodowało, że zaczęło się ostre szaleństwo pod sceną, szczególnie, że dalej leciały głównie dokonania z pierwszych najcięższych i najostrzejszych. Następnie przeleciały Born For Burning i Necromansy z pierwszych dwóch płyt i wtedy nastąpiło apogeum … Światłą przygasły, krótkie wejście perkusji i powietrze przecięły ostre riffy Woman of Dark Desire, które w zwrotce są bardzo proste, ale również transowe z rytmiczne z perką. Ale gdy pierwszy raz puszczono dźwięk na początek refrenu to był pierwszy dreszcz po krzyżu i wtedy rozległ się Women of … i to już było to. Większość ludzi szalała i to było już to … duch QUORTHONA był wśród nas. Pewnie duch Elisabeth von Bathory też, a jej krwawe żądze podkręcały tylko atmosferę, Jak widomo lubiła ona młode i piękne kobiety, a tych tego wieczoru, wyjątkowo nie brakowało \m/ (mówię jako stary metalowiec – to jedynie zmieniło się w metalu i to zdecydowanie na lepsze, zarówno pod względem ilościowym jak i jakościowym). Kiedy ten kawałek się skończył była już magia, czarna i wikińska … Chwila ciszy, która nastała na przerwę techniczną, na szczęcie krótką (na perce w DEAD MIND grał perkman z Wolfrider), wykorzystano na uzupełnienie płynów. Ja natomiast miałem największy niepokój, bo kolejna kapela Wolfrider miał się zmierzyć z BATHORY epickim, pięknie rozbudowanym dźwiękami i natchniony klimatem Walhalli. I zaczęło się … zupełnie inne riffy i wtedy, od pierwszego numeru, całkowite natchnione zaskoczenia i wielki szacun. To było to … prawdziwy BATHORY, który ciałami i instrumentami WOLFRIDER zmiatali wszystko, ale nie metaową miazgą, tylko melodyjnością głębi mistycyzmu. Kolejne kawałki The Sword, Forever Dark Woods, One Rode To Asa Bay, Wheel Of Sun, Through Blood By Thunder, Home of Once Brave (albo w innej kolejności, uniesienie nie pozwalało mi notować w pamięci) raz po raz zmuszały przybyłych do … wznoszenia rąk i rytmicznego klaskania przy dźwiękach gitar klasyczny, dzikiego szaleństwa w młynie i machaniem głów przy ostrzejszych częściach utworów czy też mruczenia melodii wikingów. Tu już zaczyna brakować słów, przy kolejnych początkach kawałków dreszcze po kręgosłupie i trans w zatopieniu się w klimacie. Technicznie pierwsza klasa i prawdziwy BATHORY, wokalnie super, przy czym Rambo dodawał kilka swoich jeszcze bardziej śpiewnych wstawek, brzmiało to bardzo, bardzo dobrze. Właściwie nie bardzo wiem jak się skończył koncert, ale myślę że nikt na świecie nie uczcił lepiej rocznicy śmierci legendy. Hail the QUORTHON \m/
Potem już tylko muzyka z głośników i celebrowanie, a trunki lały się obficie i smakowicie. Jedna rysa na wydarzeniu to to, że nie udało się puścić przygotowanej prezentacji ze zdjęć i różnych faktów z życia QUORTHONA, szkoda. Miało wtedy lecieć pierw Hammerheart z „Twilight of God” oraz Song to Hall Up High z „Hammerheart” z pamiętnymi słowami … „So its gates shall greet me open wide / When my time has come to die” \m/
Dzięki wszystkim, kapelom i wszystkim przybyłym oraz ekipie Ciemnej Strony Miasta
Hail the Bathory! Hail the QUORTHON!
Wielki szacun, że pamiętacie i że byliście

Dark (tym razem jako historiopisarz i organizator In Memory …)
W opisie mogą być dobre błędy, bo byłem w stanie uniesienie i nie tylko
autor relacji: Ciemna Strona Miasta
Zdjęcia
0fe38132bf280cb171809b7083e4c6de.jpg 5494dfa360e0f6a32b65020826514770.jpg 777d46fbfd7e8f896b353dbbff0283a5.jpg 3dda97c9695cd1ff4d8389d6ca4d98c4.jpg 9d78d93bf5fd5db50c4da26e654820e7.jpg
komentarze
brak
dodaj komentarz

Możliwość komentowania dostępna tylko dla zalogowanych użytkowników. ZALOGUJ się lub ZAREJESTRUJ jeśli nie masz jeszcze konta w serwisie.

Rozdzielczość: 1024 | 1280